Początek mego labiryntu
W dzieciństwie, spędzonym w Wałbrzychu, nie pamiętam obecności rodziców. Opiekowała się mną Babcia, mama mojej mamy. Wyraźnie widzę w pamięci szafkę z zabawkami, plastikowe dinozaury, pistolet na kapiszony. Babcia często przygotowywała dla mnie kogiel-mogiel, surowe jajka z cukrem mieszane w szklance. Były też oponki, których smak i zapach do dziś wywołują we mnie poczucie bezpieczeństwa.
Ojciec w tym okresie był dla mnie prawie nieobecny zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Z tamtych czasów pozostały jedynie urywki wspomnień. Miałem wrażenie, że zmagał się przede wszystkim z samym sobą, z własnymi demonami. Matkę widywałem równie rzadko. Dużo pracowała, wracała późno do domu, często zmęczona. Przez długi czas nie widziałem ani jej, ani jego. Przywiązałem się więc do mojej Babci i kochałem ją jak matkę.
Gdy miałem cztery lata, rodzice postanowili coś zmienić. Powodem była prawdopodobnie nieustanna walka ojca z samym sobą i z otoczeniem, które nie dawało mu szansy na wygraną. Z mojego punktu widzenia była to nagła i trudna do zrozumienia zmiana. Wtedy po raz pierwszy doświadczyłem, czym jest utrata.