Bezpieczniej jest dołączyć do głosu, który już ma poparcie, niż ryzykować własną wypowiedź, na którą nikt może nie odpowiedzieć.
Efekt jest taki, że grupa, która w fizycznym spotkaniu korzystałaby z pełnego spektrum kompetencji swoich członków, w wersji tekstowej redukuje się do monologu kilku osób z chórem emotikonów w tle. Nie dlatego, że pozostali nie mają nic do powiedzenia. Dlatego, że medium systematycznie karze tych, którzy mówią wolniej, ciszej lub bardziej precyzyjnie.
W konsekwencji grupy tekstowe ewoluują w stronę jednego z dwóch biegunów. Albo stają się przestrzenią pustych potwierdzeń: „super!", „dokładnie!", pozbawioną jakiejkolwiek intelektualnej substancji. Albo umierają w ciszy, bo nikt nie chce być tym, kto pierwszy powie coś, co może zostać źle zinterpretowane. Merytoryczna dyskusja wymaga tarcia, zderzenia perspektyw, kwestionowania założeń, ryzykowania błędu. W środowisku, gdzie każde słowo jest archiwizowane, tarcie staje się zbyt kosztowne. Mózg kalkuluje: ryzyko wyrażenia szczerej opinii przewyższa potencjalną nagrodę. Wynik: milcz albo głaskaj.
Przeciążenie
Do tego dochodzi problem przepustowości. W normalnej rozmowie Twoja uwaga jest naturalnie filtrowana: rozmawiasz z jedną osobą, reszta jest w tle.